Czy można tak samo kochać: tańczyć, wspinać się, uprawiać jogę, jeździć na nartach, biegać i jeździć konno? Czy można uprawiać wszystkie te sporty i nie wiedzieć, co lubi się bardziej?
Czasami zastanawiam się, jak to jest z tym sportem. Jest mi potrzebny. Bo nic nie robi mi lepiej, kiedy życie zdarzy mi się dopiec, jak postać parę minut na głowie, albo wypocić smutki podczas joggingu w parku. Z wiekiem (widzę to spoglądając na swój PESEL) potrzebuję sportów bardziej i bardziej. I uprawiam ich coraz więcej. Czy jest to uzależnienie? Chyba tak. Ale czy to tylko sport, czy sposób na życie?
Ta „krew, pot i łzy” bezwzględnie są mi potrzebne. Ale chyba nie tylko mi. Wchodzimy na najwyższe szczyty, nie licząc się z zagrożeniami; kupujemy najlepszy sprzęt, zapominając o kosztach; czasami ryzykujemy nasze związki, by móc spełnić kolejne marzenie… Chcemy być zdrowi, ale często przekraczamy granicę rozsądku, ocierając się o kontuzje, albo … śmieszność.
Teraz na topie listy ulubionych niewątpliwie jest joga: przywraca mój kręgosłup światu. Ostatni tydzień spędziłam na kolejnym wyjeździe z joginami, gdzie myśląc o pełni życia, wylewaliśmy ostatnie poty stojąc na rękach, przedramionach, ćwicząc pozycję kija i parę innych. W ekstazę wprowadzało mnie deptanie ud i wyciąganie kręgosłupa na regeneracji. Regularność wykonywania asan, spokój Wolimierza i otwartość Alchemika wprowadziły nas wszystkich w przyjemny stan wyciszenia.
Ale mam teraz myślę, że mam ochotę wrócić do intensywnego wspinania – takie postanowienie noworoczne. Jest wciąż parę gór do zdobycia i paneli do przetarcia! Brakuje mi tego.

