Dlaczego #PopieramDziewuchy ?

W życiu przeżyłam dwa porody – swój i mojej córki. Pierwszego z oczywistych powodów nie pamiętam, drugi był momentem przejścia.

Nikt nie przygotowuje dziewczynek do porodu, do karmienia, do połogu. Dziewczynki uczy się noszenia sukienek, rozpoznawania odcieni różu, zaginania paluszków przy unoszeniu filiżanek kawy. Od dziewczynek oczekuje się uległości, spokoju i wdzięczności. Mami się historiami o księciu na białym koniu, o pięknym domu, szczęśliwej rodzinie. Dziewczynki nie idą na wojnę.

Porodówka. Środek nocy. Od kilku godzin mam skurcze. Boli, ale nie da się uciec. Najgorszy jest strach. Nie wiem, co nastąpi. O porodzie wiele czytałam. O porodzie wiele słyszałam. Wizja porodu, jaką mam w głowie to ból, strach i histeria. Więc jestem i czekam na swoją kolej na ścięcie. Myślę, że rozwarcie to chyba mam już 7 centymetrów. Czemu? Bo podobno wtedy przeżywa się kryzys i wydaje się położnicy, że nie urodzi, że to się nigdy nie skończy. Mi się właśnie tak wydaje. Że umrę z bólu. A przecież musi być koniec. W kolejce dostaję pierwszy ochrzan – przecież rodzące obsługiwane są poza kolejnością! Ja nigdy nie rodziłam. Mierzą mnie, ważą mnie. Każą się przebierać. Rozwarcia brak, dziecko małe (za małe?!). Na porodówkę. Długie szpitalne korytarze. Środek nocy. Prowadzi nas portier. Ciągle czuję, że muszę nad wszystkim panować – wszystkich uspokoić. Polegać tylko na sobie. Wszyscy mogą mieć swoje ograniczenia, swoje lęki. Ja muszę to wszystko przeżyć. O wszystko się postarać. Być bardziej. Trafiam do osobnej sali. Z każdej strony krzyczą kobiety. Wydaje się, że umierają. Położna mówi, żeby rodzic szybko, bo jest nas za dużo i jedna będzie leżeć na korytarzu. Leżę sama i staram się zagryzać zęby. Nie myślę o technikach rodzenia, nie mam siły ruszyć palcem. Oddycham od skurczu, do skurczu. Potem staram się nie myśleć. Nikt nie myśli, żeby podać mi wody. Każą pić, każą oddychać. Ale nikt nie poda mi wody. A ja nie mam siły. Niby nie sama, a jednak sama. Ciepły prysznic i ból rozrywanych kości. Nikt nie polewa, nikt nie pomaga. Siedzę na zydlu sama i polewam się wodą. I wyję, jak można wyć, kiedy łamią ci kości. Już znam ten ból, ale nigdy nie był tak długotrwały. Nie ma rozwarcia. Wszystko źle robię. Znów wszystko źle robię. Źle oddycham, źle rodzę, źle piję, źle chodzę. Chodzę i wydaje mi się, że umieram, choć będę żyła, bo wiem po co to wszystko. Słowa wsparcia – zróbcie jej cesarkę, bolą jak dodatkowa łamana kość. Przecież nie tego potrzebuję, nie po to to znoszę. Jest dziecko, które położne nazywają po imieniu. Mówią, żeby o niej pamiętać, bo jestem jej wszystkim. Muszę jej pomóc, ona teraz jest bezbronna. Muszę oddychać dla niej. Całe życie coś robię dla kogoś, ale dla niej postaram się bardziej. Nagle cud! Rodzę. Czuję się jak zwierzę, nie ma w tym wszystkim tylko mnie. Jest coś więcej – jest moja natura, są wszystkie kobiety i jedna kobieta. Jest główka, chce dziecko. O brzasku Ona ląduje na moim brzuchu. Delikatnie płacze, jest przerażona, ale jesteśmy już we dwie. Zawsze byłyśmy. Najbardziej intymne z moich przeżyć, naszych wspólnych przeżyć. Tulę ją i głaszczę, choć cała się trzęsę. Mówię, że będzie dobrze, że damy radę.

Na sali poporodowej karmię, ale nie wiedziałam, że to tak boli. Nikt nie uczy małych dziewczynek, że karmienie boli. Wszyscy mówią, o jakiś hormonach, ale nikt nie mówi, że karmienie boli. Wiem, że wydarzył się cud, ale tylko ja go dostrzegam. Czuję się opuszczona z moimi odczuciami. W końcu zostaję sama i mogę spać. Budzę się po kilku godzinach, jestem sama. Dostaję kolejny ochrzan – długo dziecko na mnie czekało. Mam ją przewinąć, ale każą mi się przenieść do innej sali. Nikt nie uczy, jak przewijać noworodka.

Mijają dwa piękne lata. Jak opowiedzieć o porodzie w dwóch słowach? Nikt kto tam był nie zdoła. Kto opowie o samotności i lęku? Nikt kto tam był nie umie. Ból i radość mieszają się w jedno.

Gdy małe dziewczynki marzą o swoim domu, nikt nie ostrzega ich, że mogą polegać tylko na sobie. Bo i patriarchat podtrzymać muszą i dziką kobietę w sobie – do tańca i do różańca. Swoje brzuchy mają oddać na służbę narodu, a same być perfekcyjne ku chwale ojczyzny.

Małe dziewczynki mają być delikatne, bo one nie idą na wojnę. Małe dziewczynki stąpają w trzewikach i zawsze mogą liczyć na pomoc. Choć świat jest zły i uważać trzeba. Małym dziewczynkom winna jest opieka. Małe dziewczynki nigdy nie są nudne, brzydkie, drewniane, zawsze są księżniczkami. Nigdy nie płaczą same. Tworzą szczęśliwe rodziny.

Na przekór temu, właśnie dlatego #PopieramDziewuchy

1 komentarz

Filed under Uncategorized

Jestem kobietą samopylną

Szlag mnie trafia, wolę to napisać, niż to że *huj mnie strzela… Czy świat zwariował? Czy jest nas mniejszość? Co to za szaleństwo, co to za wariactwo? Nowy projekt ustawy, popierany przez episkopat? Złamanie wszelkich konsensusów, poświęcenie wszystkich kobiet na ołtarzu prawych i sprawiedliwych? Co przykryjecie tragedią połowy społeczeństwa?

Jestem feministką. Jestem FEMINISTKĄ! Nie rozumiem, jak można żyć w XXI wieku i nie być feministką. Mam matkę, mam córkę, jestem wychowana przez kobiety i wychowuję kobiety. Żyję pośród nich i z nimi. Pielęgnuję życie i szanuję śmierć. Chodzę na groby, chodzę na chrzty. Pełnie swoją służbę. Witam żywych, odprowadzam umarłych. Kocham, pielęgnuję, poświęcam. Jestem kobietą, więc jestem feministką.

Jestem sobą i jestem nami. Pilnuję ogniska. Obraz tego cholernego wieszaka, to dla mnie obraz niepotrzebnej śmierci, skrajnej głupoty. Znam kobiety, które usunęły ciążę. Nie osądzam ich. Znam matki, które porzuciły swoje dzieci. Nie osądzam ich. Znam mężczyzn, którzy uczynili to samo – porzucili, odeszli, zostawili bez środków do życia. Tragedie ich wszystkich jest w stanie zrozumieć tylko … kto? Tylko kobieta. Skąd mężczyźni w czerni, którzy nigdy nie donoszą, nigdy nie urodzą, nigdy nie wychowają, znają się na cudzie? W jaki sposób pojmują śmierć, lęk i narodziny? Dlaczego najokrutniejsze dla kobiet są same kobiety? Kto jest bez winy? Czy Ty księże, który jutro przeczytasz, wiesz, że Twoja matka nie usunęła ciąży (bo została zgwałcona podczas wojny, bo zgwałcił ją ktoś bliski?), skąd wiesz, że Twoja siostra nie poroni, skąd wiesz? Jesteś jeszcze człowiekiem? Masz ludzkie uczucia? Nie potępiaj, a może Ciebie nie potępię.

Jestem kobietą i gardzę Waszymi zakusami na moje ciało. Modlę się, ale chyba do innego Boga, żeby ani moja córka, ani moja matka, ani ja sama, żeby nas nie dotknęła Wasza skrajna głupota. Wierzę w miłość bliźniego, jako najważniejsze przykazanie. Życzę Waszym matkom, kochankom, gospodyniom, (córkom?), siostrom, aby NIGDY nie musiały się mierzyć z wielkością WASZEJ głupoty.

Wierzę w wolność sumienia. I niech zabrzmi patetycznie: bo niebo gwiaździste nade mną, a prawo moralne we mnie.

 

2 komentarzy

Filed under Uncategorized

Czarny palec pani Ani

To był lipiec dziesięć lat temu. Po raz pierwszy samotnie odnajdywałam siebie w obcym świecie. Tej nocy wylądowałam na lotnisku w Nairobi. Nie byłam pierwsza, ani ostatnia. Na lotnisku czekał na mnie człowiek z ambasady. Z moim zdjęciem, bez znajomości mojego imienia. Zawiózł mnie do obcego miejsca. Była noc i powietrze pachniało równikiem. Za oknami tylko ciemność, wysokie płoty i daleki świat.

Ani ja, ani tajemniczy on nie mieliśmy siły rozmawiać. Auto zatrzymało się przy wielkiej, metalowej bramie. Tej, która przez najbliższych kilka miesięcy będzie wejściem do mojego nowego domu. Wyszedł strażnik z długą bronią, zaświecił latarką nam w twarze. Ja mogłam wejść, on nie mógł wjechać. W nocy żadne auto nie może wjechać na teren ośrodka. Wszyscy nerwowo rozglądali się wkoło. Wzięłam plecak i przemknęłam do mojego „save haven”.

– Are you Karolina? zapytał strażnik -Yes, that’s me. Odpowiedziałam. Zaprowadził mnie do mojego pokoju. Wtedy to do mnie dotarło. Jestem zupełnie sama. Sama w świecie, którego nie znam, nie rozumiem, i w który zawsze będę obca.

Podczas następnych miesięcy doświadczyłam, czym jest rasizm, inność i samotność. A przecież zaznałam tych wrażeń tylko z perspektywy ekspatriantki, która miała zapewnioną pracę, kontakty, ubezpieczenie i ewakuację w razie nagłego wypadku. Do Kenii przyleciałam samolotem dobrych linii lotniczych. Możliwy wówczas był już kontakt nie tylko telefoniczny, ale i internetowy z domem. A jednak doznałam uczuć, które odcisnęły piętno na całym moim późniejszym życiu. A więc były samotność i obcość, powodujące wiele dziwnych zachowań. Poznałam „ekspatów”, którzy radzili sobie z nimi poprzez odrzucenie wszystkiego co kenijskie, inni samotność zapijali dużą ilością alkoholu i seksu, jeszcze inni uciekali z afrykańskiej ziemi szybciej niż się na niej pojawili. Nikogo nie ominęła inność, różne były tylko techniki radzenia sobie z nią. Później poznałam mrożące krew w żyłach historie o ewakuacjach ludzi, którzy z obcością sobie nie poradzili i potrzebowali pilnej specjalistycznej pomocy. Zwariowali? Pewnie trochę tak.

Później wielokrotnie starałam się zrozumieć inność. Bycie innym dotyka do głębi. Naznacza. Nie wiem, co czują ludzie którzy porzucają swoje domy, by udać się w podróż za lepszym życiem przez pustynie, morze, oddając się w ręce bandytów, przemytników. Chciałabym nigdy nie zaznać tego bólu pomieszanego z lękiem o swoje życie i życia moich najbliższych. Przerażenie, nerwy napięte do maksimum, pot, masa potu, tego śmierdzącego strachem. Kiedy nadzieją jest silniejsza od okrutnej rzeczywistości. Tego nigdy nie chciałabym doznać.

Kilka lat wcześniej w północnej Afryce poznałam chłopaka, kelnera, który powiedział mi, że gotów byłby zabić, żeby wyrwać się z jego codzienności i żeby znaleźć się po drugiej stronie morza. Był w tym tak szczery, że aż ciarki przebiegły całe moje ciało. Ludzie są gotowi na wszystko, by tylko znaleźć się w tej nieznanej „bezpiecznej przystani” po drugiej stronie morza. Skąd biorą przekonanie, że tutaj jest lepiej? Ta sama historia powtórzyła się w Maroku kilka lat temu. Grupa młodych, utalentowanych chłopców. Dla Schengen wizy zrobiliby wszystko. Tylko ich nie opuszczaj, nie zrywaj kontaktu, nie odbieraj nadziei. Dadzą Ci miłość, rozrywkę, pokażą ci swój świat, tylko zabierz ich stąd. Po powrocie z Kenii często dzwoniła do mnie Liliana. Jej mąż jest urzędnikiem, ona nauczycielką. Zawsze pytała, czy nie znalazłam dla jej dzieci lepszego życia. Nie znalazłam. Po zamieszkach w Kenii w 2008 roku straciłyśmy kontakt.

Polacy uwielbiają spędzać wakacje w ciepłych krajach. Kowalski lubi odpoczywać na egipskich czy tunezyjskich plażach. W zglobalizowanym świecie podróżujemy dalej i częściej. Jednak, jak pokazują obecne wydarzenia, lubimy miejsca, ale nie lubimy ludzi. Przeciętny Polak boi się tego co inne. Ostatnie badanie przeprowadzone przez fundację Afryka.org pokazuje, że ponad 29% społeczeństwa jest przeciwna przyjmowaniu imigrantów z Afryki, 30% Polaków jest negatywnie nastawiona do przyjmowania uchodźców z Bliskiego Wschodu. Znacznie lepiej zapatrujemy się na osiedlanie się u nas przybyszów z krajów byłego ZSRR. Najgorsze uczucia zaś żywimy wobec Romów. Widać to szczególnie dziś, kiedy Polacy spotykają się z problemem inności w postaci rumuńskich Romów, którzy niedawno osiedlili się w polskich miastach. Okaleczona po II WŚ poprzez nieobecność Żydów Polska, nie wie co tu teraz zrobić. Zazwyczaj przecież przyjeżdżają i zaraz jada dalej, na Zachód. A Ci zostali. Osiedlili się. Teraz ich koczowiska są burzone. O ile do dyskusji nad tym, czy to legalne czy nie, możemy przywyknąć, to nie wiem jak możemy zgodzić się na te falę „hejtu”, który wylewa się przy okazji na tych przecież ludzi, od tego przecież miłosiernego i katolickiego naszego narodu.

Wyobcowanie, przemoc, dom i jego utrata to motywy przewodnie wystawy zaproponowanej przez Wrocław Europejską Stolicę Kultury 2016 podczas 52. Biennale w Wenecji. Kuratorzy wystawy „Dispossession” zapraszają do wsłuchania się w opowieści uchodźców z różnych zakątków świata. Nie silą się na komentowanie wrocławskiej codzienności, ukazują historie które tłumaczą nam przeżycia ludzi wyruszających w podróż „za lepszym życie”. Pochylają się nad uchodźstwem w jego wielu wymiarach. Na wystawie pojawiają się wątki narodowe. Ukraińcy opowiadają o swej tożsamości, przeszłości i przyszłości. Niemcy odnoszą się do bardzo współczesnych wątków imigranckich. Polacy zaś do stricte polskich doświadczeń. Wszystko zaś zbiera w całość praca syryjskiego artysty Manafa Halbouniego „Home is nowhere”. Ten samochód-dom przystosowany, by dawać schronienie w każdych warunkach pokazuje, że każdy z nas może stać się uchodźcą. Co wtedy weźmiesz? Jak będziesz żył?… Dla mnie jest to praca, która czyni widza uchodźcą i każde myśleć i odczuwać. Nie pozwala pozostać obojętnym.

Część realizacji artystycznych odnosi się do przeżyć ludzi naznaczonych przemocą i wojennym przesiedleniem. Inne zaś ukazują uchodźstwo ekonomiczne, tak typowe dla naszej części świata. Praca Szymona Kobylarza „Pani Ania” robi piorunujące wrażenie na odbiorcach z całego świata. Każdy jednak odnajduje jej znaczenie sam. Dla jednych przypomnienie, że „uchodźcami” są także biali (tytułowa Pani Ania to hiperrealistyczna rzeźba białej kobiety, sprzątaczki, zatrzymanej w momencie porządkowania pokoju szczęśliwej, białej rodziny), dla innych czarny palec pani Ani, czyli realistyczne odwzorowanie procenta ludzi o czarnym kolorze skóry w polskim społeczeństwie, ma tutaj zasadnicze znaczenie.

Wciągająca jest także praca ukraińskiej Grupy Otwartej. Dwie historie wysiedlonych kobiet, jednej z Wołynia, drugiej z Donbasu i próba odtworzenia ich domów za pomocą techniki 3D, przyciąga uwagę na długi czas. Podobnie z realizacją Doroty Nieznalskiej. Drzwi zabrane z domów Mazurów, czy Niemców Sudeckich złożone w kształt bydlęcego wagonu. Jest to praca, którą odbiera się wszystkimi zmysłami. Praca Tomasza Opanii bawi przez krótką chwilę. Instalacja przeplatająca barwy narodowe Polski Niemiec, tworząca na przemian koszulki polskiej lub niemieckiej reprezentacji. W jej tle zaś video z babcią artysty. Słyszymy opowieść o kształtowaniu się Śląska z prywatnej perspektywy kobiety. Wzruszająca historia ukazująca dom opierający się zmianom granic i języków.

Czy bez doświadczenia inności jesteśmy w stanie zrozumieć złożoność uchodźstwa? Czy historie naszych dziadków z tak nieodległej przeszłości, poparte doświadczeniami mieszkańców ukraińskiego Krymu i Donbasu uwrażliwią nas na cierpienie innych? Czy w naszym, polskim, post-pańszczyźnianym społeczeństwie będziemy w stanie zrozumieć potrzeby uchodźców, którzy przybyli do Polski z Syrii, i którzy w dużej liczbie przybędą z biednej Erytrei? Na ile gotowi jesteśmy by stawić czoło lub zaprzyjaźnić się z innością, nie jako jednostka, ale jako społeczeństwo.

Wystawa pokazywana jest w przepięknym Palazzo Donà Brusa, znajdującym się daleko od weneckiego, wakacyjnego zgiełku. Mimo to przyciąga tysiące zwiedzających z całego świata. Jest także szeroko komentowana, pewnie dlatego że jej wydźwięk jest uniwersalny. Nie dotyczy jedynie obecnego, największego kryzysu uchodźczego w XXI wieku, ale porusza kwestie szersze, odnoszące się do lęku tkwiącego w każdym z nas – strachu przed utratą domu, tego fizycznego i duchowego. Dlatego najbardziej wzruszającą dla mnie jest praca tridemu artystycznego: Thomasa Kilppera z udziałem Massimo Ricciardo i Holgera Wüsta. Jest ona tak mocna znaczeniowo, naładowana plątaniną przedmiotów i informacji. Artyści krytykują Frontex (unijną instytucją zajmującą się ochroną granic), przedstawiają surrealistyczny obraz Wenecji będącej miasteczkiem namiotowym dla uchodźców… Mnie zmroził regał, na którym prezentowane są rzeczy, które ludzie zabierają ze sobą w podróż przez Morze Śródziemne na Lampeduzę. Przybija wiadomość, że są to przedmioty prawdziwe. Zatem Koran, zdjęcia najbliższych, zapałki, dokumenty, czy butelka oleju należały do prawdziwych ludzi. Czy oni przeżyli tę podróż? Dlaczego ryzykowali, i dlaczego przedmioty zabezpieczyła włoska prokuratora? Zapach śmierci unoszący się nad tym regałem przerażał i fizycznie drażnił.

Przy obecnej dyskusji toczącej się w polskim społeczeństwie na temat przyjmowania uchodźców należy żałować, że wystawa pokazywana jest jedynie w Wenecji. Myślę, że jej kompleksowe podejście do kwestii uchodźstwa, wielość znaczeń i przy okazji niebywała czystość ekspozycji powinny wnieść w polską dyskusję więcej zrozumienia i empatii. Bo, jak wykazali niedawno Patrycja Sasnal i Patryk Krugiel z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych dyskusja, o której mowa, oparta jest najczęściej jedynie na stereotypach. Myślę, że omawiana wystawa przy odrobinie dobrej woli mogłaby stać się momentem przekroczenia, powiewem świeżości, w tak osłuchanej i z góry przewidywalnej społecznej debacie.

Podobno historia uczy nas tylko tego, że nigdy nas niczego nie nauczyła. Dlatego warto się zastanowić, nie tylko skąd bierze się polski lęk przed innością, i gdzie plasuje nas ta nienawiść wobec tych którzy są słabsi, są w gorszej sytuacji, są inni. W Syrii, Iraku, Libii i nie tylko kolejni ludzie tracą swoje domy. Czy wiesz, że jego utrata może jednak spotkać każdego z nas. Nie chroni nas status, wykształcenie, czy zasobność portfela. To wszystko daje nam tylko ułudę bezpieczeństwa. Czy stać nas na coś więcej, czy tylko zgorszenie, gdy uchodźcy proszą nas o pomoc na Korfu, w Stambule, czy we Wrocławiu. Oni też kiedyś mieli swoje domy.

Dodaj komentarz

Filed under Życie na Południu

Rumunia!

W dzień dziecka wcale nie będzie o dzieciach, ani nawet prawie o Mołdawii. Będzie natomiast o moim ostatnim odkryciu i coraz większej miłości!

W sobotę wybraliśmy się rodzinnie do klasztoru na północy Mołdawii, do Zăbriceni. Zapakowaliśmy wszystko do Konfetki (wszystko tzn. wózek, pieluchy, ubrania, jedzenie, wodę, fotelik turystyczny, fotelik samochodowy, dziecko, mapy i nas) i ruszyliśmy o świtaniu. Dwieście kilometrów przez naszą piękną, pełną post-sowieckiego uroku Mołdawię minęło dość szybko, zważywszy, że B. prowadził, a my z Małą Ni przysypialyśmy. Dotarliśmy na miejsce bez większych przygód. Krajobraz i wiejski i miejski dość monotonny – na wsi dużo zieleni i winnice, w miastach i miasteczkach dużo szarej, betonowej płyty.

Klasztor w Zăbriceni też dość specyficzny – wybudowany na miejscu dawnego, sowieckiego ośrodka wypoczynkowego. Spacerując po okolicy rozmawialiśmy o tym, że to interesujące, przerażające, imponujące, jak imperium wysyłało tony betonu w najdalsze okolice swoich respublik i tam lano, lano, lano ten beton, a potem … nic. Wyjeżdżano. I tak stoją te relikty pewnej epoki, pasując do rolniczego krajobrazu, jak te płyty betonowe na Zanzibarze.

Pojechaliśmy także zobaczyć do Cupceni (wiem, wiem, to takie miejscowości, o których nie słyszy się często), żeby zobaczyć fabrykę Polskiego Cukru, o pięknej nazwie Moldavski Zahar. Fabryka potwór, oczywiście z wielkiej płyty. Wygląda to, niczym kosmiczny, betonowy schron wybudowany wśród buraczanych pól. Pełen kosmos.

W klasztorze żyją mnisi oraz cała rzesza różnych zwierzątek. Mnisi są mega eko i bio! Mają tam cały krąg życia – hodują roślinki, zwierzątka, mają bio-gaz z odchodów krówek. Pola wyglądają przepięknie (mówię, to ja – rolniczka ;)), także szklarnie i inne haziajstwo. Koniki pikne, krówki niczego sobie, kury, króliki, przepiórki, kaczki… A wśród tego całego zamieszania mały szczeniaczek i nasza Mała Ni. Radości nie było końca. Ni była przeszczęśliwa, a my z nią, bo fajnie widzieć, że tak jak my – kocha wszelkie zwierzaki. Szczególnie do gustu przypadło jej krzyczenie na kurczaki! No i ten szczeniaczek, przepięknej urody, który chyba wymyślił sobie, że wózek Ni jest jego matką… Wyobraźcie sobie taka scenkę: dwoje dorosłych ludzi, czyli ja i B. oraz wózek z Ni na pokładzie ucieka przed małym, puchatym szczeniaczkiem (maści łaciatej) o rozmiarach 5x10cm… Tak było, bo jeszcze chwila i któreś z nas wzięłoby to małe stworzenie na ręcę i los byłby przypieczętowany. Mielibyśmy nie tylko małe dziecko, ale i małego szczeniaczka… i wtedy życie nie byłoby już takie łatwe…

Po nocy w klasztorze, z jarskimi mnichami (tak, tak, nasz szczeniaczek ostał się tam szczęśliwy, wśród wegetarian) których Ni bała się strasznie, ze względu na czarny kolor ich sutann, czapek i długie brody, poszliśmy zobaczyć ich niedzielną „służbę”, podczas której nieziemsko śpiewali po rumuńsku (mołdawsku?) do Boga. Piękne przeżycie. Po śniadaniu, na które mnisi zapraszają wszystkich uczestników modłów, ruszyliśmy na południe, by przekroczyć Prut i wjechać do mojego nowego obiektu pożądania – Rumunii!!!

To był nasz drugi pobyt w tym pięknym kraju – nie szukajcie tutaj ani krzty ironii. W Polsce  niestety mamy dość negatywne podejście do tego państwa i jego mieszkańców. Szkoda, że „Rumun’ kojarzy nam się źle, a Rumunia to dla Polaków „zacofanie”. Zatem narodzie – napraw się! Rumunia jest piękna, a Rumuni mili, uprzejmi, gościnni. Jest tam masa przepieknych zakątków, cudna architektura i bardzo ciekawa kuchnia. Wiem co mówię! Wczesną wiosną byliśmy w Bukareszcie, a wczoraj w Jassach.

Kompletnie zachwycił mnie zamek w Jassach (to była, odwieczna stolica Mołdawii). Totalnie obłędny i wprost przepiękny. Sami spójrzcie:

2015-05-31 15.11.57Inna ciekawa rzecz, to ogromne, przeogromne centrum handlowe, do którego zjeżdżają się mieszkańcy ćwierci Rumunii i całej Mołdawii, a które znajduje się przy samym zamku. Ciekawe jest, nie tylko ze względów socjologicznych, ale przede wszystkim ze względu na jego fantastyczne zakomponowanie (rozdrobnienie budynków, które mają przeróżne funkcje: użyteczności publicznej: biblioteki; gastronomia, handlowe). Jeśli autorka tego wpisu jest daleka od wielbienia centrów handlowych, tak to zrobiło na mnie ogromne, pozytywne wrażenie. Wszystko tam jest doskonale zakomponowane. Wszystko ze sobą gra. I wszystko pasuje. A po środku fontanny i piknikujący ludzie. Też my! Myślę, że nie jeden wrocławski inwestor, urbanista, a także urzędnik mógłby się czegoś w Jassach nauczyć o przestrzeniach publicznych i o przestrzeniach dla piękna i ludzi.

Z Jass pojechaliśmy do naszego, małego, sowieckiego Kiszyniowa, przekraczając kolejne granice na Prucie „na Małą Ni”, czyli „pani celnik, małe dziecko w samochodzie :)))”.

A teraz tak siedzę i myślę, że chcę do Rumunii. Wino pyszne, jak w Mołdawii, a te widoki…

Rumunia jest super! Już po głowie chodzą plany… Cluj, Sibiu… Konstancja?

… cmok!

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Świat do góry nogami.

Wyobrazisz sobie? Znów jesteśmy w Mołdawii! Patrząc na ten blog można dojść do wniosku, że głównie tutaj przebywamy. A nie jest to prawdą. To tylko zmyślona rzeczywistość, wirtualna. Zakłamana filtrami nakładanymi na zdjęcia. To tylko te internety, w które się wpatrujemy, ale racjonalnie nie mamy podstaw, żeby im wierzyć…

Takie mądrości same przychodzą mi do głowy, bo moja mała NI – która nota bene przed wczoraj skończyła rok – obudziła nas dziś o świtaniu. Radości i podskokom nie było końca. Czy to ekscytacja z drugiego w naszym wspólnym życiu Dnia Matki?🙂 Całusy, uściski, skakanie po brzuchu, mierzwienie i tak „niezaciekawej” fryzury – ot taki wspólny, zwyczajny poranek. I nawet już mi nie żal, tych wszystkich słodkich chwil, które mogłabym spędzić śpiąc. Z sowy zmieniłam się w matkę. Piorę, sprzątam, gotuję, przewijam, wycieram, karmię, przytulam, pokazuję… Jazda bez trzymanki. Z „prawie-perfekcjonistki” stałam się „prawie-chodzącym-chaosem”, dlaczego? Bo w codziennym zamieszaniu trzeba mi było szybko nauczyć wybierać, co ważniejsze. A najfajniejsze są chwile razem, gdy jest dużo śmiechu, zabawy, zdziwienia. Gdy na spacerze słyszę kolejne „dziu!” mojej córeczki, gdy oto zobaczyła tysięcznego gołębia, wróbla, psa, kota, wiewiórkę, albo drzewo, które szczególnie przypadło jej do gustu. Macierzyństwo to codziennym zachwyt, jak niesamowity jest świat. Patrzenie oczami dziecka, na to co nam dorosłym już dawno się opatrzyło, znudziło, do czego przywykliśmy. A tutaj nagle powraca radość z odkrycia do czego służą zjeżdżalnie, radość z długich spacerów, radość kiedy zaśnie, ale też kiedy maluch się już obudzi🙂.

Podobno im dalej w las, tym gorzej. Wiele razy to słyszałam, a ja mam wrażenie, że im dalej w las, tym lepiej Kiedy z kartofelka dzieć zamienia się w małego rozbójnika, odkrywczynię, pełnego życia małego człowieczka, który z zapałem właśnie ładuje się do góry nogami do fotelika samochodowego.

I tak tu sobie żyjemy, pełne zachwytu nad światem, miłośniczki długich spacerów i odkrywania przeróżnych, mołdawskich zakątków .

2015-05-18 16.29.56  2015-05-21 17.04.42  2015-05-19 20.17.11

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Podróżować z dzieckiem jest bosko?

Ptaszki ćwierkają, gęsi kluczą po niebie, koty szaleją, psy nie są gorsze. W ogródku śnieżynki i krokusy ubarwiają szarość. Pierwsze przeziębienie za mną. Pierwszy wiosenny wietrzyk z zachodu również. Co to wszystko znaczy? Znaczy, że dusza gotuje się do biegu! Świat staje się znów bogaty w barwy, dźwięki, zapachy. Coś znów karze się ruszyć. Tylko zaraz, czy aby na pewno?

Jak to jest podróżować z dzieckiem? Hm, ciężko! Teraz, kiedy terminy mam porezerwowane do września, uświadamiam sobie coraz mocniej, że z dzieckiem podróżuje się ciężko. Można? Jasne, można, tylko po co i za jaką cenę? Tak sobie myślę i wspominam: Berlin w wieku 3 miesięcy, Kiszyniów 4 msc-y, Stambuł 5 msc-y, Bruksela… Jasne da się! Pod warunkiem, że dziecko jest zdrowe, że Ty jesteś zdrowa, że nic nie nawali, masz dużo siły, determinacji i Ci się CHCE!

Wszystko wygląda pięknie na zdjęcia na FB, bo przecież tych spoconych się nie zamieści, nie pisze się o tym, że ciężko, że człek zmęczony, że dzieć płacze i o tych wszystkich ograniczeniach i stresie. Odpowiedzialności i obawach. Foty i wesołe historyjki są fajne! A tu dzieć ryczy, po całym dniu warsztatów na imprezę się już nie pójdzie, ale zjeść coś trzeba, ciemno i zimno, więc jedna pilnuje małego człeka, druga po falafel i tanie wino do najbliższego Turka. Wszystko szybko, wszystko w stresie. Perspektywa wycieczki po starym mieście odsuwa się, kiedy temperatura spada, a deszcz leje się z nieba. I to przekonanie, że ciągle trzeba liczyć na czyjąś uprzejmość, a bo windy brak, a bo przewinąć trzeba. A tu jeszcze przydałoby się wyglądać i jakieś mądre rzeczy w obcych językach opowiadać. Tylko młoda średnio sypia w nieznanych hotelach i akurat jakoś poprzedniej nocy mimo wszelkich prób, jakoś nie przespałam.

Samochodowa wycieczka przez ćwierć Europy z czteromiesięcznym bobasem też jest możliwa. Tylko trochę stresująca! Bo wszystkie niepewności, bo długo i przydrożnych hoteli brak, bo kolejki na granicach i te foteliki, które są zmorą każdego dziecięcia. Hotel gdzieś pod Lwowem, na dole wesele – my na pierwszym piętrze. Dzieć w wózku spać nie chce. Tulić w łóżku trzeba, tylko jak spać, żeby się wyspać i żeby nigdzie nie spadło? Jak przewijać w aucie, kiedy na dworze słota? Nerwy puszczają nawet stoikowi, a co dopiero nam. Gdzie karmić i jak karmić? Co zrobić, gdy dzieć śpi tylko, jak auto jedzie, a jak staje to się z płaczem budzi, a Tobie zaraz z musu oczy pożółkną… co wybrać? Dzieć panikuje także kiedy zapada zmrok, zupełnie odmawia jazdy autem gdy ciemno, i co robić, gdy nie ma gdzie spać?

Albo ten koszmar podróży samolotem! I nie chodzi nawet o cały proces przygotowań, planowania, pakowania, ale te wszystkie cholerne bramki na których trzeba się prześwietlić. Masz ze sobą dziecko, torby, dokumenty, jedzenie, wózek, nosidełko, kurtki, czapki, szaliki, paski… Koszmar! Z tym małym człowiekiem ładujesz wszystko na taśmę, walczysz z wózkiem, szukasz laptopa, wyciągasz płyny, ściągasz buty… Musisz oddać dziecię i się SAMA prześwietlić i ONA wtedy zaczyna ryczeć. A potem niby jak w tym pseudo pasie utrzymać dziecinę przez 2,5 godziny? Nawet jak zaśnie, to kto wytrzyma w takiej pozycji dłużej niż pół godziny?

A jak lot się opóźnia i taksówka nie przyjeżdża i robi się 4 nad ranem. Dziecko ledwo żywe, matka ledwo żywa, rano do pracy, a tu .. du*a. Nie ma hotelu, nie ma taxi, rozpacz. Jak tu zwiedzać Niebieski Meczet, czy inne cuda świata, kiedy trudno nakarmić kurczaka? I co zrobić, kiedy Lufthansa przyprowadza Cię do łez strajkiem, opóźnieniem, i ośmio- godzinnym pobytem w klimatyzowanej poczekalni na lotnisku?

Wszystko da się z dzieckiem, tylko czy trzeba? Tak sobie dzisiaj pomyślałam, bo przecież jak wspomniałam przed nami wiosna i lato w rozjazdach. Czy źle nam tu gdzie jesteśmy, z naszymi długimi spacerami, obserwowaniem ptaków na stawie, zabezpieczonym mieszkaniem i thermomixem?

To powiedziałam, ja… Dama.

2014-05-27 12.44.35

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Kiszyniowskie powidoczki

Trochę powidoczków ze spacerów z Ni po Kiszyniowie.

zdjęcie 101

Dzieci, dzieci, dzieci wszędzie!

zdjęcie 1(1)

Niech żyje wspólnota, czyli ocieplanie wieżowców po mołdawsku.

zdjęcie 2(1)

Bardzo malownicze centrum miasta.

zdjęcie 2(2)

Strada Titu Maiorescu…

zdjęcie 3(1)

Dla Pauli.

zdjęcie 3(2)

zdjęcie 4(1)

Bywa i tak…

zdjęcie 4(2)

Spojrzałyśmy w niebo i zapytałyśmy, kiedy przyszła ta jesień.

zdjęcie 5(1)

… bywa też tak.

zdjęcie 5(2)

Lubię i nie lubię.

fbmy

My razem.

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized